Kobiety są z Wenus, a żużlowcy z Grenlandii

Felieton
Sport24.pl
Środek grudnia, mróz na dworze, święta idą - warunki kompletnie nienadające się do myślenia o speedway’u, nie mówiąc już o jego uprawianiu. Polska, to jednak specyficzny kraj, w którym “czarnym sportem” żyje się przez cały rok. I bynajmniej nie jest to życie pół na pół, czyli do końca października na pełnym gazie, a od początku listopada pod respiratorem.
W ostatnią sobotę na lodowisku w Częstochowie odbyła się szósta już Gala Lodowa Sławomira Drabika. Dwunastu uczestników na całkowitym luzie podeszło do zawodów i dzięki temu kibice mogli oglądać kawał emocjonującego ścigania. Najlepszym lodowym “kolarzem” okazał się tym razem Piotr Świderski, który w finale pokonał Mateusza Kowalczyka, Tomasza Jędrzejaka oraz Edwarda Kennetta. Na torze zabrakło niestety organizatora, któremu kontuzja uniemożliwiła występ. “Slammera” nie opuszczał jednak dobry humor - jego rekreacyjna przejażdżka na minimotocyklu wielu zgromadzonych fanów “szlaki” doprowadziła do łez… śmiechu. W ogóle, lodowe ściganie w wykonaniu “tradycyjnych” żużlowców, to wspaniały pomysł na zaspokojenie metanolowego głodu kibiców w przerwie międzysezonowej i na wyluzowanie się z napięć towarzyszących rozgrywkom ligowym. Bo kobiety są z Wenus, a żużlowcy z Grenlandii.
Kilka dni temu poznaliśmy nowy klub rozchwytywanego Tomasza Gapińskiego. “Gapa” przeniósł się z Wrocławia do Częstochowy i w przyszłym roku będzie ścigał się z lwem na plastronie. Wielu znawców twierdzi, że Tomek zatrzymał się w żużlowym rozwoju, i że wielkiego ściganta już z niego nie będzie. Nie mnie oceniać wartość tych słów, bo żadnym znawcą nie jestem. Wydaje mi się jednak, że w “Gapie” tkwi spory potencjał, i że jak chce, to może być solidnym punktem swojej drużyny, choćby jako tzw. druga linia. W “Świętym Mieście” buduje się zespół, który ma zdobyć w sezonie 2008 medal DMP i nie sądzę, żeby tamtejsi włodarze porwali się z motyką na słońce, kontraktując wypalonego “rajdera”. Tomek we “Wrocku” nie szalał, jednak zdarzały mu się lepsze występy, a to dowód na to, że należy mu się szansa na udowodnienie tego, że nadaje się do Ekstraligi. “Czewa” mu ją dała, a czas pokaże, czy żużlowiec ją wykorzysta. A w razie czego w niższej klasie rozgrywkowej chętnych na niego nie braknie.
Zenek Plech wraca do poważnej trenerki. Jeden z najlepszych “grajków” w historii polskiego speedway’a objął stanowisko szkoleniowca pierwszoligowej Polonii Bydgoszcz. Co ja o tym myślę? Kamień z serca mi spadł, bo żal mi pewne miejsce ściskał, kiedy musiałem oglądać pana Zenona na antenie Polsatu w roli komentatora-eksperta. Męczył się facet niemiłosiernie, momentami nie wiedział, co powiedzieć, a jak już się odzywał, to tempo jego wypowiedzi było w stanie uśpić człowieka po pięciu kawach. Nieszablonowością też nie grzeszył - bo co jest na ekranie, to każdy widzi. No chyba, że Polsat chciał upowszechnić “szlakę” także wśród niewidomych? Żeby jednak nie było, że nie szanuję Zenona Plecha, to dodam, że uważam, iż w roli trenera Polonii na pewno sobie poradzi. Bo jego żywioł to park maszyn, a nie jakieś odpicowane studio na koronie stadionu.
Ekstraliga żużlowa ostatnio znana jest z podejmowania ekstraśmiesznych decyzji. Najnowsza z nich, to wprowadzenie do regulaminu rozgrywek przepisu mówiącego o tym, że gospodarz meczu musi ogłosić skład już cztery dni przed planowanym terminem spotkania. W moich oczach jest to decyzja śmieszna, głupia i niepoważna. Ludzie, którzy ją podjęli nie znają się chyba na żużlu, bo każde dziecko chodzące na stadion wie, że o zestawieniu ekipy gospodarzy bardzo często decyduje przedmeczowy trening, który odbywa się z reguły dopiero dzień przed zawodami! Niby jest też zapis o możliwości późniejszych zmian, jednak to już nie to samo. Współczuję słabszym teamom, które będą musiały sporo się napocić, żeby poczuć, co to znaczy być gospodarzem.
Najpierw zniesiono próbę toru w Ekstralidze, teraz (znaczy się od przyszłego sezonu) skrócono o nią widowiska w niższych klasach rozgrywkowych. Mi trochę tego szkoda, bo zawsze miło było popatrzeć na to, jak prezentują się poszczególni “rajderzy” przed meczem i jakim sprzętem dysponują. Był ryk żużlowych maszyn i zapach metanolu, ale nie było jeszcze prawdziwego ścigania. Doskonałe wprowadzenie w klimat imprezy. A teraz co? Piętnaście wyścigów i do domu. A ceny biletów jak na złość rosną.
Decyzję o zakończeniu sportowej kariery podjął Andrzej Huszcza. “Niezatapialny” wychowanek Falubazu ostatnie dwa sezony spędził w PSŻ Poznań i o ile rok 2006 miał genialny jak na swój wiek, o tyle w kolejnym bardzo trudno było mu się złapać do składu “Skorpionów”. “Tomek” błysnął właściwie tylko w spotkaniu z Ostrowem na Golęcinie, a w pozostałych swoich występach cieniował. “Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”, jak śpiewa równie niezatapialny zespół Perfect. Pan Andrzej zrobił to w odpowiednim momencie. Ścigał się do chwili, w której pozwalały mu na to zdrowie i forma. Nic nie jest wieczne. Huszcza mógłby jeszcze być solidnym drugoligowcem, jednak byłoby to już takie rozmienianie się na drobne. Pięćdziesiątka na karku, to nie przelewki. A kibice Falubazu i “Skorpionów” będą pamiętać. Zresztą pewnie nie tylko oni.
W najniższej klasie rozgrywkowej jak na razie mamy więcej niewiadomych niż wiadomych. Kompletowanie składów w trakcie, a od mojego ostatniego felietonu niewiele się w tej materii zmieniło, także chwilowo na drugą ligę spuszczam zasłonę milczenia. Mam nadzieję, że sympatycy drugoligowców się na mnie nie obrażą, bo jak obiecałem - trochę się sytuacja na tamtejszym rynku rozjaśni, to ja poświęcę temu nawet i cały felieton. Tymczasem życzę wszystkim czytelnikom zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia i mam nadzieję, że po tych trzech dniach obżarstwa nie spotkamy się z brzuchami podobnymi do arbuzów. A nawet gdyby, to kochanego ciałka nigdy za wiele.
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf. własna
Wyświetleń: 1546










Blipnij








