Do Australii przez Gniezno, Bydgoszcz i Zieloną Górę

Felieton
Sport24.pl
Do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze ponad sześćdziesiąt dni, a w żużlowym światku zamieszanie, jakby ligi miały wystartować już w najbliższą niedzielę. Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ taki stan rzeczy utwierdza tylko człowieka w przekonaniu, że ten sport ma duszę. I właśnie dlatego stawiam go ponad skokami narciarskimi, formułą 1 i wszystkimi innymi zmaganiami “gladiatorów”. Silniki warczą tutaj okrągły rok, pomimo że prawdziwe ściganie oglądamy jedynie przez siedem miesięcy.
Świeżo upieczony drugoligowiec, Start Gniezno, rośnie w siłę. Klub z pierwszej stolicy Polski zakontraktował w ostatnich dniach Kima Janssona, Piotra Palucha, Kevina Woelberta i Linusa Ekloefa. “Kamikadze” i “Bolo”, to prawdziwe bomby transferowe, jeśli chodzi o najniższą klasę rozgrywkową, ponieważ moim zdaniem “rajderzy” ci nie mieliby najmniejszych problemów ze znalezieniem pracodawców na zapleczu Ekstraligi. Kevin i “Linux”, to natomiast żużlowcy bardzo perspektywiczni i wydaje mi się, że Gniezno jest dla nich idealnym miejscem na rozwinięcie skrzydeł. Do wyżej wymienionej czwórki wystarczy dodać tercet Cieślewicz - Jabłoński - Hauzinger i mamy pakę, dla której wielkim wstydem byłoby zajęcie w tegorocznych rozgrywkach drugiej ligi miejsca innego niż pierwsze. A po zeszłosezonowej klęsce, limit wstydu w Grodzie Lecha został już chyba wyczerpany.
Ekipa z pierwszej stolicy Polski w nadchodzących rozgrywkach będzie prawdopodobnie szczuplejsza o dwóch klasowych (jak na drugą ligę) “kolarzy”. W kuluarach słychać szepty, że “Kostia” Puodżuks już niedługo założy plastron Lokomotivu Daugavpils. Pozostaje tylko pytanie, ile kasy będą musieli wyłożyć Łotysze, żeby sprowadzić swoją gwiazdę na stare śmiecie. Podobne pytanie należy rzekomo zadać w stosunku do Tomasza Rempały i jego domniemanego transferu do Speedway Miszkolc. Tyle, że tutaj fragment o powrocie do byłego pracodawcy nie bardzo pasuje. Fakty są takie, że gnieźnieńskiemu klubowi niespecjalnie zależy na tym, żeby owych panów zatrzymać, jednak włodarze ani śnią puszczać ich za darmo. W końcu dwuletnie kontrakty do czegoś zobowiązują. A team żużlowy, to nie instytucja charytatywna. Mam więc wrażenie, że albo na Łotwie i Węgrzech znajdzie się konkretna kasa, albo całkiem nieźli kolarze będą na zmianę lub wspólnie grzali tyłkami ławkę rezerwowych w Grodzie Lecha.
Wieść gminna niesie, że udało się uratować tegoroczne Kryterium Asów. Leszek Tillinger dumnie zakomunikował, że znalazło się brakujące trzydzieści tysięcy złotych, i że na Kryterium zostaną zaproszeni czołowi żużlowcy. Ba, podobno pierwsze zaproszenia do “rajderów” zostały już wysłane, a na liście zaproszonych widnieje skłócony ostatnio z “Bydzią” “PePe” Protasiewicz. Kibice Falubazu podpowiadają mi natomiast, że w dniu bydgoskiego turnieju (30 marca) na torze w Zielonej Górze piętnastolecie startów na “szlace” świętował będzie “Greg” Walasek, i że “PePe” własnie tam się pojawi. Ech, ciężki orzech do zgryzienia będzie miał nasz Piotruś. Jak obstawiacie, wypną się na niego kibice z Bydgoszczy, czy z “Zielonki”?
Robert Dowhan, prezes Falubazu, przebąkiwał ostatnio coś o tym, że w nadchodzącym sezonie chciałby, aby jego team bił się o medale. No, ale kto by nie chciał jak najlepiej dla swojej drużyny? Zejdź pan jednak na ziemię, panie Robercie, bo w sezonie 2008 “Myszka Miki” na “pudle” nie stanie! Janas i Huszcza jako trenerzy oraz Lindgren, Iversen, Protasiewicz, Walasek i Dobrucki jako “rajderzy”, to jedynie czwarte - piąte miejsce na koniec sezonu. Wspaniały materiał na królów własnego “podwórka”, ale zdobywać cennych bonusów w potyczkach z czołówką oni raczej nie będą. Leszno, Toruń, Częstochowa - te teamy są poza zasięgiem Falubazu, a kto w dwumeczu nie okaże się lepszy choć od jednego z nich, ten może o podium zapomnieć. A gdzieś w tle szeroko uśmiecha się jeszcze “Stalerna” Gorzów, więc niech pan lepiej nie wywiera takiego ciśnienia na swoich “kolarzach”, bo kibice zeszłoroczne baraże już dawno zapomnieli, ale ewentualną klęskę z odwiecznym rywalem zapamiętają do końca życia. Niby wszystko okaże się na torze, ale odrobina zdrowego realizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
Chris Holder zgodnie z moimi przewidywaniami wygrał dwie ostatnie rundy Indywidualnych Mistrzostw Australii i pod nieobecność wielkiej trójki (Adams, Crump, Sullivan) z kompletem punktów sięgnął po złoty medal tej imprezy. Poza podium znalazł się faworyzowany Fredrik Lindgren i potwierdza to tylko fakt, że Falubaz o medalu DMP powinien zapomnieć, skoro junior Apatora (jednego z kandydatów do medalu) objeżdża jak chce ich największego asa. I co z tego, że u siebie? Wiem, obaj są młodzi i twardzi. Moim zdaniem jednak to Chris ma mentalność zwycięzcy. No, kto temu zaprzeczy?
I tak oto odbyliśmy podróż do Australii przez Gniezno, Bydgoszcz i Zieloną Górę. Transferowa karuzela powoli dobiega końca, wkrótce toruńskie ściganie na lodzie, a potem to już nowy sezon będzie na wyciągnięcie ręki. No i jeszcze kilka podobnych felietonów przede mną. Byle do trzydziestego marca, mili państwo!
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf. własna
Wyświetleń: 1305
Pozdro










Blipnij








