Speedway w rytmie hard-rocka i powrót "Toninho"

Felieton
Sport24.pl
W sporcie jest jak w życiu - nigdy najlepiej nie powodzi się tym, którzy najbardziej na to zasługują. Żużel nie jest tu wyjątkiem - KM Ostrów Wlkp. od kilku lat bezskutecznie walczy o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, a ma opinię jednego z najmądrzej poukładanych teamów w świecie speedway’a. Działacze KMO jednak każdej wiosny muszą dwoić się i troić, żeby zrekompensować kibicom brak tego, czego oni tak bardzo pragną. W tym sezonie przeszli sami siebie. W pozytywnym sensie, warto dodać.
Żużel nie jest sportem dla grzecznych chłopców, dlatego moim zdaniem nie pasuje do niego grzeczna muzyka. Hard-rock i ryk motocykli jest tym, co tygrysy lubią najbardziej, a wiele na ten temat może powiedzieć “Sqra” Skórnicki, który w minionym sezonie przy dźwiękach “Be quick or be dead” w wykonaniu Iron Maiden obronił dla Poznania pierwszą ligę. Koncerty żużlowym festynom towarzyszą od lat, jednak muzyka tam serwowana zazwyczaj nie nadaje się do słuchania bez wcześniejszego znieczulenia się kilkoma “złocistymi”. W Ostrowie Wlkp. ktoś to wreszcie dostrzegł i tak oto powstała koncepcja zorganizowania weekendu, podczas którego Turniej o Łańcuch Herbowy poprzedzony byłby występem jakiejś kapeli, która bezsprzecznie kojarzy się z jazdą na motocyklu, a nie z jaraniem jointów, czy też wyrywaniem lasek na potęgę. Zadanie trudne, bo zaproszenie pierwszych lepszych “zjadaczy kotów”, to nie problem, ale zorganizowanie koncertu zespołu grającego cięższą muzykę, a jednocześnie potrafiącego przyciągnąć tłumy, to nie lada wyzwanie. Wybór padł na legendę z Niemiec, czyli Scorpions. Tak, nie przesłyszeliście się - w niewielkim mieście, w dniu poprzedzającym bardzo ważny turniej żużlowy, zagrają prawdziwi giganci hard-rocka! I obędzie się bez kiczu. Prawdziwy rock & roll, jak na prawdziwy speedway przystało. Wiem, gusta są różne. No, ale nie wierzę, że nie ma fana “szlaki”, któremu nie podoba się chociaż jeden utwór rockowy, jednocześnie pasujący do jego ukochanej dyscypliny sportu. A jeśli nawet taki się znajdzie, to albo ma 10 lat, albo po usłyszeniu Scorpions zmieni zdanie.
Wielki turniej szykuje się również na Wyspach. Już szóstego marca “rajderzy” będą walczyć w Poole o sześćdziesiąt tysięcy funtów. Gigantyczna nagroda i nie mniejsza okazja, bowiem “Piraci” świętują w tym roku sześćdziesięciolecie istnienia. Stawka zawodów jest iście piorunująca, gdyż rozkłada na łopatki nawet słynny cykl Grand Prix. Zresztą nie ma co owijać w bawełnę - wejdźcie na klubową stronę Pirates i oceńcie sami. A jak nie kumacie angielskiego, to zapraszam do lektury żużlowych portali z Polski, które również tę obsadę kiedyś podawały. Szkoda, że wyprawa na Wyspy jest tak droga, bo w innym przypadku bez zastanowienia pojawiłbym się na Wimborne w celu delektowania się żużlem w najlepszym wydaniu. I jeszcze ten specyficzny, brytyjski tor…
Sporo ostatnio piszę o “Brytolach” i w tym akapicie również co nieco o nich będzie. Cóż, nie moja wina, że Wyspy są prawdziwą stolicą speedway’a, i że działacze wspomnianego już w tym artykule KMO postanowili zrekompensować jakoś kibicom odebranie klubowi organizacji tegorocznego GP Challenge (wiecie, afera korupcyjna i te sprawy). Pomysł na rekompensatę okazał się iście szatański i zakłada on zorganizowanie na Piłsudskiego meczu Polska - Wielka Brytania. Test-mecz jak za starych dobrych lat. Ja tych lat niestety nie pamiętam (albo i stety, bo przecież dzięki temu młody facet jestem), ale z wielką chęcią dowiem się jak to kiedyś było. Oczywiście ostrowski pojedynek będzie tylko namiastką bojów sprzed lat, bo teraz nie będzie go cechował ani żaden podtekst polityczny, ani nic w ten deseń, ale zawsze fajnie pomachać biało-czerwoną flagą, wiedząc że kibicuje się całej ekipie, a nie jakiejś indywidualności. Bo finał DPŚ w tym roku w dalekiej Danii, a na półfinale emocje nie te same. “Brytole” już połknęli haczyk i podobno kwestią otwartą pozostaje jedynie termin pojedynku. Mówi się o sierpniu. Pożyjemy, zobaczymy - ja jestem na tak.
Pamiętacie “Toninho”? Tak, chodzi mi o tego czarnoskórego żużlowca, który najpierw przebojem wskoczył do Grand Prix, potem osiągnął sportowe dno, a na końcu zapił smutki, wsiadł w auto, stracił “prawko” i zakończył karierę w wieku dwudziestu dwóch lat. Normalnie szok. Miłość do speedway’a i pieniądze leżące na torze, to jednak nie rurki z kremem i chodzą słuchy, że ten niepokorny “kolarz” powróci na owal już w zbliżającym się sezonie. Podobno okrutnie się koleś załamał, wobec czego nie chce od razu rzucać się na głęboką wodę i jego klubem na początek ma być Valsarna Hagfors, startująca w szwedzkiej Allsvenskan. Szczerze mówiąc, to nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony decyzja Lindbaecka jest jak najbardziej słuszna (w słabszym klubie i lidze łatwiej się rozjeździć i stać się czołową postacią), z drugiej jednak nie bardzo mnie ona przekonuje (Elitserien oferuje możliwość rywalizacji z najlepszymi, a Lindbaeck jako żużlowiec spoza “cyrku” nie musiałby robić za lidera teamu). W tej sprawie jednak podobne rozterki nie są najważniejsze. Cieszę się, że Antonio w ogóle wraca, bo to naprawdę barwna postać w żużlowym światku. I jak jego talent nadal będzie się rozwijał, to on jeszcze wszystkim pokaże, co potrafi. Po jednym nieudanym sezonie nie można go przecież skreślać. Brazylijczycy, to prawdziwi wojownicy, chociaż w ich żyłach płynie również lekko rozrywkowa krew.
Wielkie odliczanie do początku sezonu trwa. Kibice na Wyspach już czują ten przyjemny dreszczyk, a my niestety musimy poczekać na niego jeszcze około miesiąca. Będzie dobrze - wygłodzony organizm chłonie wszystko ze zdwojoną siłą.
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf. wlasna
Wyświetleń: 1281










Blipnij







