"Janosik" Pedersen, a Polacy nie krowy

Felieton
Sport24.pl
No i wreszcie się zaczęło! Cztery miesiące żużlowej posuchy dobiegły końca, a otwierający sezon turniej z okazji sześćdziesięciolecia żużla w Poole okazał się strzałem w dziesiątkę. Pogoda dopisała, “rajderzy” dopisali, a gdzieś w tle echem odbijały się słowa Tomcia “Gallopa” mówiącego o tym, że zdecydował się po raz kolejny powalczyć o tytuł mistrza świata.
W niedzielę na Wimborne Road stawiło się aż dziewięciu uczestników “cyrku” Olsena i dobitnie pokazali oni swoją przewagę nad resztą towarzystwa, zajmując w zawodach aż osiem z dziewięciu czołowych pozycji. I znowu zaszalał “Terminator” Pedersen, który nie przestraszył się defektu w swoim pierwszym starcie i dalej wygrał już wszystko, łącznie z wielkim finałem. Drugi był “Adrenalina” Jonsson, trzeci “Hot Scott” Nicholls, a czwarty (który to już raz?) “Kangur” Adams. Niby żadna niespodzianka, bo przecież od lat w żużlowym światku krąży legenda, że jak skończyłeś jeden sezon, tak zaczniesz drugi. Ja z przekory w legendy nie wierzę, ale jak tak dalej pójdzie, to będę musiał wprowadzić radykalne zmiany w swoim sposobie postrzegania świata. Mam jednak nadzieję, że nie przegnę w drugą stronę, ponieważ na turnieju w Poole okazało się także, że mit o duńskim pazerniaku (Nickim Pedersenie) jest wart tyle, co najnowszy numer “Orient Ekspresu”, czy innego “Fucku”. Ile to się słyszało, że “Terminator” mknie do celu po trupach, byle tylko zdobyć główną nagrodę i napełnić kasą swój pęczniejący portfel. Na Wimborne Nicki jednak wszystkich zaskoczył i przed wielkim finałem zaproponował podział sławnych już sześćdziesięciu tysięcy funtów na cztery równe części, po jednej dla każdego finalisty. Wcześniej było ustalone, że całą pulę zgarnia zwycięzca, a “Janosik” (taka nowa ksywa na cześć tego niespotykanego zachowania) po wcześniejszych czterech “trójkach” był niemal murowanym kandydatem do triumfu w imprezie. Ja wiem, że on nie zrobił tego z powodu chęci podreperowania budżetów swoich rywali (bo patrząc na ich nazwiska, to nie wydaje mi się, żeby bieda im doskwierała), ale ze względu na coś innego. Kości nie są z gumy, początek sezonu, a sześćdziesiąt tysięcy funtów może zachęcać do walki na łokcie i inne takie. A tak każdy dostał po równo i w finale można było bawić się żużlem. I dobrze, przynajmniej część sfrustrowanych zazdrośników poznała trochę prawdziwego oblicza mistrza (zdrowie ważniejsze niż pieniądze). A ja wcale nie jestem jego wielkim fanem, jakby ktoś pytał. Chociaż po ujrzeniu pewnego zdjęcia z sezonu ‘93 chętnie wypiłbym z nim po “złocistym”. Pozory mylą, proszę państwa.
Polacy w Poole nie błyszczeli, oj nie błyszczeli. Blondowłosy Krzyś (9. miejsce) musiał uznać wyższość wszystkich pozostałych uczestników cyklu GP (poza “Bomberem” Harrisem, który woził “kibel” za “kiblem”) oraz młodego i nieobliczalnego Chrisa Holdera (tego, którego namaściłem na przyszłego mistrza świata). Niby nie było tragicznie, jednak wiadomo już czemu “Krisowi” nie udało się znaleźć pracodawcy w tzw. nowej Elite League. Syn Jana Ząbika, Karol (15. miejsce), pokazał natomiast, że do czołówki jeszcze mu bardzo daleko. “Miejscowy” chłopak wcześniej sporo trenował na Wimborne, a w zawodach woził same ogony, w czwartym starcie zaliczając “dzwon”, który wyeliminował go z dalszej rywalizacji. A gdyby Harris uporczywie nie puszczał wszystkich przed siebie, to byłoby jeszcze gorzej. Cóż, ogrom pracy przed naszą wielką nadzieją, bo jak widać, nie przez przypadek na ubiegłorocznych IMŚJ był poza podium. Jazdy Sucheckiego i “Sqry” komentować oczywiście nie będę, bo zanotowali oni po zaledwie jednym starcie (jako rezerwowi), a ich poziom to trochę niższa półka niż Grand Prix i okolice. Prognozy na przyszłość? Przykro mi, ale jasnowidzem nie jestem i na podstawie jednego turnieju nie jestem w stanie przewidzieć kolejności na podium SGP, SWC, DMP i innych trzyliterowych skrótów. Poza tym nie chcę zabierać tej frajdy dzieciom krążącym po forach dyskusyjnych. Wstrętny jestem. Wiem o tym. Ale nie martwcie się, w końcu i ja zabawię się w (fałszywego?) proroka.
Kilka dni temu, gdzieś w tle zbliżającego się święta speedway’a w Poole, świat obiegła informacja, że Tomcio “Gallop” postanowił przez kolejny rok bronić biało-czerwonych barw w “cyrku” Olsena. Niby to nic wielkiego, jednak niesmak pozostał, bo ja doskonale pamiętam, jak nasz prawie mistrz świata niedawno jeszcze kręcił nosem i mówił, że ma dość Grand Prix, bo ciągle trzeba do tego interesu dokładać. Ba, wcześniej było gadanie, że jest już zmęczony, że medal to praktycznie sfera marzeń, a teraz ni z gruchy, ni z pietruchy zapowiada, że zaplanował sobie starty w SGP na kilka sezonów do przodu, i że jego celem jest złoto IMŚ. No, ale podobno tylko krowa nie zmienia zdania, a metody w pozyskiwaniu hojnych sponsorów nie zawsze muszą iść w parze z etyką. Niech żyje sport zawodowy!
Jeden z największych pechowców ostatniego sezonu, “Mały” Hampel, również nie jest zbyt stały w swoich uczuciach (czytaj: poglądach). Jeszcze niedawno “rajder” “Byków” twierdził, że “dzika karta” na Grand Prix Europy w Lesznie należy się tylko i wyłącznie “Bally’emu”, którego wszyscy kibice Unii kochają, i że w razie gdyby sam takową otrzymał, to zrzeknie się jej na jego korzyść. Ostatnio jednak czytałem krótki wywiad z Jarosławem i jak byk (leszczyński?) stało w nim, że zrobi on wszystko, żeby jak najlepiej wypaść w pierwszej kolejce Ekstraligi, bo bardzo mu zależy na “dzikusie” i możliwości zaprezentowania się na “Smoku” w pojedynku z najlepszymi “kolarzami” globu. Czyżby jakieś rozdwojenie jaźni?
Sezon wprawdzie już się zaczął, ale na prawdziwe emocje przyjdzie jeszcze czas. Na Wyspach liga rusza pod koniec bieżącego miesiąca, a w Polsce dopiero na początku przyszłego. Do tego czasu cieszmy się więc żużlem bez “ciśnienia” - okres sparingów i mniej ważnych turniejów ma przecież swój urok.
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf własna
Wyświetleń: 1797










Blipnij








