Grand Prix Słowenii, czyli cuda na kiju

Felieton
Sport24.pl
26 kwietnia 2008 roku spłatał kibicom sportu żużlowego psikusa pierwszej kategorii. W “DżiPi” w Krsko brylować miały Pederseny, Adamsy i inne Crumpy, a skończyło się na zwycięstwie Tomcia “Gallopa”, który to w ostatniej chwili zdecydował się na starty w elicie. Cuda na kiju, proszę państwa.
Jak każdemu przedstawicielowi niższej klasy średniej, sobotni turniej przyszło mi oglądać “na żywo” w ekstremalnych warunkach (zaklepane wyjazdy do Leszna, Pragi i Bydgoszczy zrobiły swoje z budżetem), czyli w Internecie. W zeszłym sezonie brać norwesko-duńska oraz nasze rodzime radio okazały się na tyle łaskawe, że odcinki cyklu, na których nie miałem okazji być w “oku cyklonu” (czyli wszystkie), dokładnie sobie oglądałem w tv, a w razie kłopotów na łączach kontemplowałem przy pomocy słuchu. W tym roku szał na “szlakę” jest jakby trochę większy, więc w chwilach grozy (czytaj: permanentnych padów serwera) zmuszony byłem do wspomagania się “odświeżającymi się tabelkami”, dostępnymi na stronach różnych portali żużlowych. Cóż to były za emocje!
Kibice kochają niespodzianki. Ci na świecie bardziej te na plus, a Polacy jak zwykle mają swój własny styl i szczerzą zęby, kiedy komuś spoza Krainy Mlekiem I Miodem Płynącej coś nie wyjdzie. Na słoweńskiej ziemi totalnie zawiódł Leigh Adams (5), który przywiózł aż trzy “kible” w pięciu startach i nie awansował nawet do półfinału. Biedak aż trzykrotnie jechał z zewnętrznych pól startowych, które zupełnie wczoraj nie ciągnęły, a wyścigi z jego udziałem zmieniały się jak w kalejdoskopie (”Święty” trzeci, radio się zacina, Leigh na końcu stawki). “I macie tego swojego Adamsa” - skwitował występ “Kangura” pewien osobnik na pewnym znanym forum internetowym. Cóż, raz na wozie, raz pod wozem.
Leigh cieniował, a miało być o emocjach. Pomówmy więc o Jasonie z żużlowej rodziny Crumpów. Gonitwy z “Rudym” (10) w roli głównej przyprawiały bowiem o palpitacje serca, szczególnie jeśli Grand Prix słuchało się w pewnym leszczyńskim radiu. Dwa trzecie miejsca na “kresce” i dwa razy dowiedziałem się o tym dzięki “odświeżającym się tabelkom”, bo radio robiło mi na złość i na ostatnim łuku zerwało połączenie najpierw w czwartym biegu (Crump “przerabia” Andersena), a później w ósmym (Jason mija “Freda”). Niestety, waleczność “Rudego” starczyła tylko na półfinał i w decydującej rozgrywce o Wielką Nagrodę Słowenii nie zobaczyliśmy żadnego Australijczyka.
Kiedy w Krsko lało na potęgę, a radio zacinało bardziej niż Wolna Europa, zacząłem się zastanawiać nad szansami “Janosika” Pedersena (17) na zwycięstwo w turnieju. Biedak w dwóch ostatnich wyścigach zasadniczych jechał z zewnętrznych pól startowych i skończyło się to jedynie trochę lepiej niż w przypadku Adamsa, czyli zamiast “kibli” były “jedynki” i zaledwie dziesięć punktów po pierwszej rundzie. No i później było już jak z nut: jak jechał z pierwszego, to wygrał z “AJ-em” (półfinał), a jak z drugiego, to oglądał plecy Golloba (finał). Na półfinałach leszczyńskie radio “zdechło”, jednak przy panujących na torze warunkach drugie miejsce “Terminatora” uznaję za wielki krok w kierunku obrony mistrzowskiego tytułu. Szczególnie, że Adams i Crump “kiblowali” tego dnia niemiłosiernie.
Trzeci w Krsko był “Bajkopisarz” Andersen (14), a czwarty “Adrenalina” Jonsson (12). W tego pierwszego nie wierzyłem, a przy tym drugim miałem wrażenie, że coś zbroi i w najlepszym razie będzie czwarty. Hans zaczął od “kibla”, jednak później się spasował (znaczy się, nie wiem do końca, bo radio często “cięło” na wyścigach z jego udziałem), a “AJ” śmigał sobie w kratkę, by w finale nie wytrzymać napięcia (bynajmniej nie przedmiesiączkowego) i wpakować się w taśmę. Kwintesencja żużla. Żaden z nich nie zostanie mistrzem świata. W tym roku.
A nasz Tomcio (19)? Cóż, zaczął w stylu “Ugly Ducka”, czyli od “kibelka”. Później jednak coś drgnęło, a los sprawił, że nasz reprezentant w czterech ostatnich wyścigach jechał z pierwszego toru, co przy panujących warunkach było sporym handicapem. Rutyna zrobiła swoje i “Gallop” dar od losu wykorzystał, wygrywając Grand Prix Słowenii. Ja bym się jednak nie podniecał tak bardzo tym zwycięstwem - póki co rywale siedzą mu na ogonie, a do końca “cyrku” jeszcze dziesięć odcinków. Nie koronujmy więc jeszcze nowego IMŚ.
Pierwsza odsłona “obwoźnego” za nami. Gdzieś w tle Lukas Dryml (9 pkt. i 6 miejsce) podśpiewuje sobie “We are the chapmions”, wtóruje mu Leigh Adams przy pomocy “The show must go on”, a Krzysiu Kasprzak (6 pkt. i 13 miejsce) płacze w kącie, bo nawet o nim nie wspomniałem. Do zobaczenia na “Smoku”!
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf własna
Wyświetleń: 1595










Blipnij








