Leszczyńska apokalipsa

Felieton
Sport24.pl
Ktoś kiedyś powiedział, że historia lubi się powtarzać. Coś w tym musi być, skoro dysponująca zabójczym składem Unia Leszno drugi sezon z rzędu przegrywa na własnym stadionie w rundzie zasadniczej z toruńskim Apatorem. Żeby nie było, to powiem, że “Anioły” kadrowo absolutnie od “Byków” nie odstają, ale żeby zaraz ujarzmiać je na ich terenie? Apokalipsa.
Spotkanie Apatora z Unią zapowiadane było jako wielki klasyk, a fakt jest taki, że zażarta walka pomiędzy tymi ekipami trwa tak naprawdę dopiero od poprzedniego sezonu. Wcześniej los jakoś tak wszystkim kierował, że “Byki” i “Anioły” walczyły w jednym czasie o zgoła odmienne cele. No, ale wróćmy do teraźniejszości i skupmy się na tym, co działo się na “Smoku” w piątek. A działo się wiele, tyle że poza torem. Od początku spotkania deszcz lał bowiem niemiłosiernie i o kolejności na mecie decydował zazwyczaj pierwszy łuk. Leszczynianie ostatnimi czasy notorycznie zasypiają na startach, a gdy woda na torze, to o wyprzedzaniu praktycznie nie ma mowy (no chyba, że przeciwnik wyglebi lub maszyna odmówi mu posłuszeństwa), co potwierdziło się w starciu z torunianami, którzy od drugiej części spotkania wyjścia spod taśmy mieli atomowe. Wprawdzie po dziesiątym biegu Unia jeszcze prowadziła z Apatorem (33:27), ale wtedy nastąpiło potężne uderzenie “Aniołów”, które wygrały trzy z ostatnich pięciu wyścigów (w tym dwa podwójnie), by ostatecznie triumfować w całym pojedynku 43:47. Po torze fruwał Wiesiek Jaguś (17 pkt. w 6), a lider Unii - Leigh Adams (10 pkt.), był przy nim cieniem samego siebie, bo spotkania w którym wygrał na swoim obiekcie zaledwie jeden wyścig jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Co do wspomnianych wcześniej pozatorowych emocji, to wywołał je u mnie nie kto inny, a Damian Baliński. O spornej sytuacji z wykluczeniem “Miedziaka” po ataku “Balona” nie chce mi się nawet pisać, bo kontrowersyjne sytuacje mają to do siebie, że jakiej decyzji sędzia by nie podjął, to zawsze ktoś będzie się czuł pokrzywdzony. Chodzi mi natomiast o brawa kierowane do Damiana. “Bally” to prawdziwy wojownik i pozytywny doping jak najbardziej mu się należy, ale… w piątek na “Smoczyku” zasiadała przecież po części ta sama publiczność, która tydzień wcześniej (podczas Grand Prix) ogromną porcją gwizdów poczęstowała Nickiego Pedersena, który na torze prezentuje niemal identyczne cechy (czyli jeździ ostro). Przyganiał kocioł garnkowi i hipokryzja pełną gębą. Nie jestem żadnym obrońcą “Terminatora”, chciałbym po prostu, żeby co niektórzy nauczyli się trochę kultury i nie robili sobie z żużlowców kozłów ofiarnych. To też ludzie i różną mają psychikę. Kurmański i Romanek właśnie przez takie coś oglądają nas z nieba.
W pierwszy dzień weekendu padało nie tylko w Lesznie i spotkanie Unii Tarnów ze Spartą Wrocław również odbywało się przy niekorzystnej aurze. Tym razem okazała się ona pechowa dla gości, bo “Jaskółki” już w starciu z Gorzowem pokazały, że w trudnych warunkach są w stanie powalczyć u siebie z każdym. W ekipie z Mościc szalał “Piast” Kołodziej (10+3 pkt.), który jak profesor poprowadził Patricka Hougaarda (15 pkt.) do pierwszego czystego kompletu w Ekstralidze. W drużynie wrocławskiej ponownie brylowali jedynie “Rudy” Crump (17 pkt. w 6) i “Ogór” Jędrzejak (9+1 pkt. w 6), co przyczyniło się do dotkliwej porażki Sparty (57:36). Zrobiło się więc nieco zabawnie, bo “Jaskółki” dzięki tej wygranej wskoczyły na szóste miejsce w tabeli, spychając na dno Wrocław, który mimo porażek prezentował się do tej pory nad wyraz przyzwoicie. Miał być spadek “Jaskółek” z czystym kontem, jednak tor pokazał, że w żużlu nic nie jest oczywiste, i że Unia może jeszcze sprawić niejedną niespodziankę i utrzymać się wśród najlepszych z tym swoim biednym składem.
Przyjęło się, że zawodnicy z Grand Prix są postrzegani przez kibiców jako bogowie na motocyklach, wożący w każdym spotkaniu coś w okolicach kompletu. Tradycję tę łamią od jakiegoś czasu “PUK” Iversen oraz “Fred” Lindgren z Zielonej Góry, którzy w tym sezonie kompletnie nie mogą odnaleźć się na polskich torach. Przychodzi Anglia, trzaskają 13+2, przychodzi Szwecja i ponad 10, a na naszym podwórku już 5 punktów stało się dla nich granicą nie do pokonania. Nie inaczej było w piątkowej potyczce z Włókniarzem w Częstochowie, kiedy to Duńczyk popisał się wynikiem 2+2 punkty, a Szwed uzyskał połowę tego dorobku. Pozostali jeźdzcy Falubazu może nie powykręcali kosmicznych punktówek, ale przy rezultacie 49:41 dla “Lwów”, to Skandynawów należy uznać za ojców piątkowej porażki “Myszki Miki” w “Świętym Mieście”. Przed sezonem były głosy, że Falubaz ze swoim zestawieniem może powalczyć o medal DMP, że trzech krajowych liderów i dwóch solidnych obcokrajowców pozwoli “Motomyszom” zwyciężać również na wyjazdach. Pech jednak chciał, że potwierdziła się stara śpiewka o tym, że nikt nie ma dwa razy pod rząd identycznego sezonu i w Falubazie zamiast monolitu mamy dwie dziury.
Sześć kolejek (bynajmniej nie wódki) za nami i mamy wyraźnego lidera, którym jest toruński Apator, “drugą linię” z gorzowską Stalą, “Bykami”, “Lwami” oraz “Myszkami Miki” oraz outsiderów w postaci “Jaskółek”, “Żurawi” oraz wrocławskiej Sparty. Mam wrażenie, że do końca rundy zasadniczej na pierwszym miejscu nie zajdzie już żadna zmiana, ale wobec dołka leszczynian i wzrostu formy tarnowian, w pozostałych częściach tabeli może się jeszcze wiele wydarzyć. No, ale teraz przyszedł czas na odrobinę wytchnienia. Na ligowe tory “rajderzy” powrócą dopiero w Dzień Dziecka, a w sobotę przyjdzie nam się emocjonować turniejem Grand Prix w Goeteborgu. Nicki, Tomek, Leigh? Eeee tam, ważne że będzie miło.
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf własna
Wyświetleń: 1794










Blipnij








