Teatr imienia Marka W.

Felieton
Sport24.pl
Każda z dotychczasowych rund “cyrku” Olsena miała swoją najjaśniejszą postać. Zazwyczaj był to albo zwycięzca zawodów, albo ich największy pechowiec. W tym roku w Cardiff stało się niestety inaczej - żużlowcy posłusznie schowali się w cień, a pierwsze skrzypce zagrał arbiter Marek Wojaczek. Marna to była jednak gra.
Ludzie w Internecie twierdzą, że Marasowi powinno zabronić się czym prędzej sędziowania, bo broda zasłania mu oczy, a brzuch stopy. Coś w tym musi być, ponieważ jego decyzje z siedemnastej oraz dwudziestej pierwszej gonitwy na Millennium Stadium zahaczały o kuriozum. Można zaryzykować stwierdzenie, że arbiter dokonał kradzieży, wykluczając kolejno “Kangura” Adamsa (7 pkt.) i Bjarne Pedersena (14 pkt.). Bo Leigh pożegnał się z półfinałem, a “Barni” stracił szansę na finał.
Kibice dzielą się jednak na trzeźwych, mniej trzeźwych oraz nietrzeźwych. Tak się bowiem stało, że czwartym do brydża (a właściwie, to trzecim) w owych spornych sytuacjach był sam mistrz świata - znienawidzony i uwielbiany Nicki Pedersen (11 pkt.). Trzeźwi kibice wiedzą, że oba upadki “Terminatora” były w pierwszym łuku, że było tam zwyczajnie gorąco, i że sędzia powinien zarządzić powtórki w pełnej obsadzie. Mniej trzeźwi fani “szlaki” burzą się, że to Adams i starszy z Pedersenów przedłużali prostą, przez co utrudniali jazdę Nickiemu i powinni zostać za to wykluczeni. Nietrzeźwi natomiast doszukują się zmowy Wojaczka z Olsenem i Nickim, która to miała zapewnić “Janosikowi” udział w wielkim finale. Tak naprawdę, to ci mniej trzeźwi są po jednych pieniądzach z nietrzeźwymi. Bo chory fanatyzm jest równie zły, co chora nienawiść.
Dość już jednak o Marku W. i jego wybrykach. Jedno jest pewne - ten pan nie kupuje w Media Markt. W Cardiff były przecież zawody żużlowe i warto co nieco napisać o ich sportowych aspektach. Cóż, muszę przyznać, że podium na Millennium Stadium nie zaskoczyło mnie ani trochę. Wygrał “Rudy” Crump (22 pkt.), który wyraźnie odbudował się w Grand Prix i pokazuje, że ma wielką ochotę na trzeci w karierze tytuł IMŚ. Warto dodać, że Jason zwyciężył po raz pierwszy od dawien dawna, gdyż ostatni jego triumf w SGP miał miejsce jeszcze w “złotym” sezonie 2006. Drugie miejsce osiągnął “Herbie” Hancock (20 pkt.). Pomimo “leciwego” wieku, ten facet nadal potrafi zaskoczyć. Ba, Amerykanin od lat nie schodzi poniżej pewnego poziomu i udowadnia, że przed młodymi gniewnymi jeszcze sporo pracy, skoro taki staruszek robi ich z palcem w tyłku. Kluczem do genialnej postawy Grega były perfekcyjne starty, a z takich ten żużlowiec słynie od czasów, w których nawet ja o żużlu nie słyszałem. Na trzeciej pozycji uplasował się natomiast Nicki Pedersen, który dodatkowo zaliczył w finale “dzwon”. W ogóle, dziwny to był finał, ponieważ przed upadkiem “Terminatora” za dotknięcie taśmy wykluczony został “Hot Scott” Nicholls. Szczerze mówiąc, to nie pamiętam decydującego wyścigu Grand Prix, w którym do mety dojechało zaledwie dwóch “rajderów”. Ale ja sklerozę mam, więc jeśli takie coś miało miejsce całkiem niedawno, to wybaczcie.
A Polacy? Ich postawa przypomniała mi Wrocław 2007, kiedy to ani jeden nasz reprezentant nie znalazł się w półfinałach. Tym razem było podobnie, tyle że nasze asy dzięki Bogu nie jechały u siebie. Krzysztof Kasprzak (4 pkt.) to ewenement - gość ma predyspozycje do rywalizacji z najlepszymi (vide tegoroczny Memoriał Edka Jancarza), ale podczas zawodów o Wielką Nagrodę czegokolwiek blokuje się chłopina i zaczyna coś jechać dopiero w momencie, w którym już wiadomo, że w najlepszej ósemce go zabraknie. Miejmy nadzieję, że płaci frycowe, bo choć nie darzę go zbytnią sympatią, to jednak jest jednym z polskich talentów, a “cyrk” Olsena bez gwiazd z Polski wiele straciłby na wartości. Tomcio “Gallop” (4 pkt.) również się wczoraj nie popisał. Złośliwi zarzuciliby mi pewnie, że słowem nie pisnąłem o jego genialnej postawie w Kopenhadze, a teraz pastwię się nad nim. Narażać się nikomu nie mam zamiaru, więc postawy najlepszego żużlowca w historii Polski nie skomentuję i to wam pozostawię ocenę tego, czy pan G. jest w tej chwili materiałem na mistrza świata. A “Rysiek Holciński” (6 pkt.)? Jedną wielką zagadką jest ten człowiek - raz na wozie, raz pod wozem. Tym razem było lekko pod tę drugą opcję, jedna wstydu Norweg nam nie przyniósł. Szkoda, że na półfinał nie starczyło.
Powrócę jeszcze na chwilę do kwestii kibicowskiej. Jak czytam niektóre komentarze do zawodów w Cardiff, to ręce mi opadają. Nie wiem, co za tęgie głowy piszą, że dobrze Nickiemu, że w finale upadł, ale są to ludzie absolutnie pochrzanieni. I ten bełkot o żużlowym oszuście. “Terminator” nie jest święty, ale prawda jest taka, że bez niego byście ziewali w co drugiej odsłonie cyklu. Facet daje wam masę emocji, więc doceńcie to chociaż raz na jakiś czas. Tak, wiem że ciężko o takie zachowanie, kiedy z wyścigów z udziałem Nickiego wykluczani zostają ukochani Leigh i Bjarne, ale czasem warto spojrzeć na takie sytuacje chociaż z nutką obiektywizmu. Przecież to nie wina “Terminatora”, że Marek W. odstawiał tetr na Millennium Stadium.
W klasyfikacji generalnej “cyrku” mamy spore zmiany. Fotel lidera zachował wprawdzie Nicki Pedersen (80 pkt.), ale drugi jest już Jason Crump (70 pkt.). Trzecie miejsce okupuje Greg Hancock (64 pkt.), a na czwartą pozycję spadł Tomasz Gollob (62 pkt.). Leigh Adams (49 pkt.) może już raczej zapomnieć o wymarzonym tytule IMŚ i skupić się na utrzymaniu w cyklu, bo ósmy Fredrik Lindgren ma na swoim koncie 41 oczek. Rune Holta (39 pkt.) jest dziewiąty, a Krzysztof Kasprzak czternasty (21 pkt.). Następne zawody dopiero za ponad miesiąc, a w przerwie emocjonować się będziemy Drużynowym Pucharem Świata. Czy Polacy zdołają obronić tytuł?
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf. własna
Wyświetleń: 1148
Co do Grega Hancocka, to ma facet klasę i bardzo dobrze, że nie spada poniżej pewnego poziomu. To jest istotne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że mi strasznie tęskno do triumfów pokolenia Tony Rickardssona.
Adamsa jest mi szkoda ogromnie. Gdyby tytuł IMS dawano za całokształt, za oddanie, za jazdę fair i tego typu rzeczy, to Leigh miałby już pokaźną kolekcję złotych medali, a tak to ciągle jest blisko, ale zawsze jednak zbyt daleko...










Blipnij








