Malilla unplugged

Felieton
Sport24.pl
Wycieczka do Szwecji w dwa tygodnie po niezapomnianej podróży do Czech byłaby nokautem dla mojego budżetu, toteż siódmą odsłonę tegorocznego “cyrku” Olsena postanowiłem śledzić na ekranie telewizora. Ostatnio na takie imprezy ciągnie mnie poza dom i tak też było tym razem. Usadowiłem swoje szanowne cztery litery na wygodnej kanapie w pewnym pubie i wraz z przemiłym towarzystwem oddawałem się podziwianiu “rajderów” walczących o Wielką Nagrodę Skandynawii.
No i wszystko grało do piątej gonitwy. Pech jednak chciał, że w historycznym momencie (Kasprzak na prowadzeniu w ww. wyścigu) szlag trafił prąd w całym mieście, łącznie z pubem, w którym przebywałem. To znaczy, pubu szlag nie trafił, ale transmisja z Malilli została wysadzona w kosmos i nastała ciemność. Rozpoczęły się również spekulacje na temat tego, czy “Kasper” dowiózł te trzy punkty do mety, czy po raz kolejny spalił się psychicznie i zanotował “kibelek”. Ostatecznie prawdziwa okazała się ta pierwsza wersja, a mi koło nosa przeszły dwie serie startów, gdyż awaria elektryczności została naprawiona dopiero po około godzinie.
Podczas Grand Prix Skandynawii działy się cuda, a historia zatoczyła koło. Pierwsze mogły wywołać niekontrolowane napady śmiechu u ludzi z niekonwencjonalnym poczuciem humoru, a owe zatoczenie koła przez historię, to natomiast raczej powód do wzruszenia. Nie tylko dla tej dziwniejszej części żużlowych kibiców. Ale po kolei. Szwedzcy “kolarze” chyba za dużo naoglądali się zapisu wideo z Wrocławia 2007, bo udało im się powtórzyć haniebny wyczyn biało-czerwonych, polegający na braku jakiegokolwiek reprezentanta gospodarzy w półfinałach. No, może Trzem Koronom troszkę zabrakło do naszych, bowiem w pamiętnym “Wrocku” Polaków startowało aż pięciu, a w Malilli Szwedów na liście startowej widniało zaledwie trzech. Niemniej jednak, jest to postawa jak najbardziej godna odnotowania. Ale tak bywa, kiedy jednemu rodzi się dziecko (Jonsson), drugi w kluczowym momencie traci głowę i zalicza glebę (Lindgren), a trzeci reprezentuje poziom co najwyżej pierwszoligowy (Ljung). Dalsza część cudów to awans dwójki biało-czerwonych do “ósemki”. Tym razem dokonali tego “Gallop” oraz “KK” i oba te przypadki należy uznać za wydarzenia niezwykłe. To znaczy, do obecności tego pierwszego w półfinałach zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale w sobotę w pierwszych startach nie szło mu kompletnie, a gdy wygrał ostatni swój wyścig i miał na koncie siedem “oczek”, to nikt o zdrowych zmysłach nie przypuszczał, że taki wynik może dać mu przepustkę do kolejnej fazy zawodów. “Fredka” z Lukasem pojechali jednak pod Tomka (jakkolwiek to brzmi) i nasz as osiągnął plan minimum, na którym niestety się skończyło. Przypadek Kasprzaka jest natomiast zgoła odmienny. “Farbowany Blondyn” od samego początku cyklu jeździ bardzo asekuracyjnie - jakby przymykał gaz w chwilę po złożeniu motocykla w łuku. Podczas Grand Prix Skandynawii mogliśmy jednak obserwować “Kaspera” z zeszłego sezonu - walecznego i niebojącego się ostrych starć z tuzami światowego speedwaya. Tej zadziorności starczyło mu co prawda tylko na dziewięć punktów i półfinał, ale jest to najlepszy rezultat “KK” w tym sezonie GP i należy się z niego cieszyć. Bo wreszcie ten chłopak pokazał, że ma “jaja” do żużla. A gdzie to wzruszenie i historia? Cóż, dla mnie odpowiedź jest jedna: Leigh Adams. Australijczyk powtórzył sukces z zeszłego sezonu i triumfował w Grand Prix na torze w Malilli. Tyle z historii. A kto wiedział, że był to jego setny turniej “cyrku” Olsena w karierze, na pewno choć troszkę się wzruszył.
Czwarty akapit, a ja nawet słowem nie wspomniałem o Nickim Pedersenie oraz Jasonie Crumpie, którzy przecież są w tej chwili głównymi kandydatami do złota IMŚ. Cóż, dla mnie w sobotę byli po prostu… bezbarwni. To znaczy, walczyli jak lwy, jednak za każdym razem w ich jeździe brakowało tej kropki nad “i”. W sumie bardzo dobrze, bo takie turnieje również są potrzebne. Ba, takie zawody są najpiękniejsze, ponieważ faworyci do samego końca pozostają w walce o wisienkę z tortu, jednak ostatecznie znajdują pogromców. Zwyciężył “Święty” Leigh, trzeci był “Terminator” Pedersen, a czwarty “Rudy” Crump. A drugi? Cholera, drugą pozycję po raz kolejny zajął “Bajkopisarz” Andersen i wygląda na to, że Duńczyk prowadzi taką partyzancką walkę o brązowy medal, bo w “generalce” wskoczył już na czwartą pozycję. I właśnie bitwa o krążek z najmniej cennego kruszcu zapowiada się najbardziej pasjonująco, gdyż trofeum jest zaledwie jedno, a pretendentów aż czterech (Hancock, Andersen, Gollob, Adams). Kto okaże się najmocniejszy? Cóż, ja stawiam na Australijczyka, jednak czy słusznie, przekonamy się prawdopodobnie dopiero w Gelsenkirchen.
Ta Szwecja coś w sobie ma. Widziałem zaledwie pół turnieju, a emocji i wrażeń tyle, że starczyło na napisanie felietonu. Krótkiego, ale jednak. Mam nadzieję, że podczas transmisji z Daugavpils prąd nie wysiądzie, i że będę mógł napisać troszkę więcej. Ba, teraz również bym mógł, jednak nie ciągnie mnie specjalnie do pisania o rzeczach, których nie widziałem. Chodzi oczywiście o sytuacje na torze, bo za chwilę pewnie ktoś mi wytknie historię o spalonym busie Startu Gniezno, czy rasistowskich okrzykach w kierunku “Toninho”. Okej, nie ciągnę dalej tematu i się żegnam, zapraszając na kolejny felieton tuż po najbliższej kolejce Ekstraligi. Czołem!
Ziemowit Ochapski
www.asy.yoyo.pl
Źródło: inf. własna
Wyświetleń: 1886










Blipnij








